POSZUKIWANY PRACOWNIK, NIE PRACODAWCA…

To, że dziś pracodawcy zabiegają o pracowników, a nie odwrotnie, jak jeszcze kilka lat temu, jest niekwestionowanym sukcesem kapitalizmu. Sukcesem, który jednak wymaga gruntownych zmian w przepisach stworzonych na potrzeby walki z bezrobociem, a nie brakiem pracowników. O tym, jak urzędy pracy wspierają pracodawców, zamiast bezrobotnych, a także o idei budowy mieszkań pracowniczych na miarę Nowej Huty, mówi Jerzy Bartnicki – Dyrektor Powiatowego Urzędu Pracy w Kwidzynie.

 

Jak obecnie kształtuje się sytuacja na lokalnym rynku pracy w Kwidzynie?

Ku zdziwieniu i zaskoczeniu, rynek pracy w ostatnim czasie bardzo się zmienił. Sytuacja jest podobna do wielu polskich powiatów – po prostu zaczyna nam brakować ludzi do pracy. Mamy takie nowe zjawisko, do którego zupełnie nie jesteśmy przygotowani, nie wspominając już o całym systemie prawnym, który nie przewiduje czegoś takiego, żeby na rynku brakowało ludzi do pracy. To jest coś, czego musimy się na nowo uczyć i do tego dostosowywać. Stopa bezrobocia jest niższa niż 8 proc. Co więcej, w większości zarejestrowane są u nas osoby, które nie chcą pracować, a tylko korzystać ze świadczeń ubezpieczeniowych.

Nadal jednak PUP w Kwidzynie, podobnie jak inne urzędy pracy w Polsce ma w swojej ofercie programy aktywizacji bezrobotnych.

Zaczyna a brakować osób pozostających bez pracy, do których faktycznie można te programy kierować. Co więcej – funduszy, które dostajemy nie możemy dowolnie wykorzystywać. Gdyby było inaczej, wówczas moglibyśmy te pieniądze elastycznie dostosować do możliwości i potrzeb rynku pracy. Niestety, ostatnio mamy coraz więcej pieniędzy dedykowanych określonym grupom osób pozostających bez pracy. Problem w tym, że tych grup bezrobotnych nie ma. Pieniądze są dostępne, ale wykorzystywać ich nie możemy, bo kompletnie nie pasują do obecnej sytuacji na rynku pracy. Warto tu przytoczyć taki przykład, może skrajny… Mianowicie, mógłbym pozyskać środki na aktywizację opiekunów osób niepełnosprawnych. Te osoby mogą się zarejestrować w urzędzie po śmierci osoby, którą się dotychczas opiekowały. Niestety nie można zaplanować, ile takich osób i zdarzeń na lokalnym rynku pracy będzie! I to są takie dziwne pomysły, które przychodzą do nas z ministerstwa, przez co jesteśmy bezradni. Takie mamy fundusze, które tylko „pompują” statystki, ale efektów nie ma z nich prawie żadnych.

Czy pracodawcy, w tej coraz trudniejszej dla nich sytuacji na rynku pracy, mogą liczyć na jakieś wsparcie?

Przez ostatnie 25 lat walczyliśmy z bezrobociem. Teraz okazuje się, że od roku zaczynamy walczyć o dostarczenie pracowników.  Do tego samo otoczenie pracy jest do tego niedostosowane. Ostatnio pod potrzeby dużych pracodawców organizowaliśmy giełdy. Ściągaliśmy na nie dużą ilość osób bezrobotnych – tych „najtrudniejszych” na rozmowy z przedstawicielami firm. W efekcie pobór wychodził na poziomie 5-6 proc. Taką liczbę osób ci pracodawcy akceptowali i przyjmowali do pracy. Jako urząd pracy nie mamy narzędzi, żeby tych długotrwale bezrobotnych do pracy przygotować. Nie mamy takich możliwości prawnych, bo ustawa tego nie przewidziała, ponieważ została stworzona na czas, kiedy jest dużo bezrobotnych, a mało pracy. Tak naprawdę od tego trzeba zacząć, bo obecna sytuacja na rynku, gdzie brakuje ludzi do pracy, będzie trwała prze długi czas.

A co z pracownikami z zagranicy, takimi jak na przykład obywatele Ukrainy?

To tak naprawdę rozwiązuje problem na chwilę, bo te osoby mają pozwolenia na pracę, na okres sześciu miesięcy. Nie obstawi się nimi tych bardziej strategicznych stanowisk. Obywatele Ukrainy nadają się w efekcie do wykonywania tych najprostszych czynności i nie wynika to z braku ich kwalifikacji, tylko z krótkiego okresu czasu, w którym mogą legalnie pracować. Wygląda to jak łatanie dziury, ale na krótko. Zobaczymy zresztą, jak ta sytuacja z obywatelami zza wschodniej granicy się rozstrzygnie na naszym rynku, bo jak wiadomo, Ukraińcy maja już możliwość migracji do Polski i innych krajów UE bez wiz.

Ale nawet, gdy znajdą się potencjalni pracownicy czy to z kraju, czy z zagranicy to i tak okazuje się, że wcale nie muszą pozostać na lokalnym rynku pracy w Kwidzynie, gdzie mimo wszystko nie brakuje naprawdę dużych pracodawców…

Źródłem problemu jest brak zakwaterowania dla tych ludzi. Nie ma mieszkań, nie ma też hoteli robotniczych. Tu nawiązać można do epoki Gierka, kiedy to, budując przemysł na prowincji, budowano też całe osiedla. Powstawały nowe miasta i nowe hotele robotnicze. Nie wiem, czy nie zbliżamy się do kolejnego takiego etapu, że będzie trzeba do budowy tych mieszkań wrócić. Jest kilka miast, w których inwestują nowi pracodawcy i cały czas się rozwijają, ale pracownicy, którzy mogliby przyjechać z zewnątrz nie mają gdzie mieszkać. Jest to nowa bariera, której jeszcze dwa, trzy lata temu w ogóle nie było. Myślę, że prędzej czy później ci najwięksi pracodawcy będą zmuszeni rozmawiać zarządcami zasobów mieszkaniowych, ze spółdzielniami mieszkaniowymi albo sami tworzyć firmy, które zajmą się budownictwem mieszkaniowym. W Kwidzynie jest spółdzielnia mieszkaniowa, która buduje wiele nowych budynków, co więcej – ma już sprzedane mieszkania na osiedlu, które dopiero powstaje. Bez mieszkań nie ściągniemy pracowników z zewnątrz, bo – jak wiadomo – do pracy można dojeżdżać nie dłużej niż godzinę.

Czy pracodawcy z Kwidzyna podejmują jakiekolwiek kroki, żeby ściągnąć do siebie pracowników z innych części kraju?

Zaczyna do nich docierać, że jest to bariera czysto demograficzna. Zaczynają zmniejszać zatrudnienie poprzez agencje pośrednictwa pracy i stawiają na umowy bezpośrednie z pracownikami. Poza tym, jedna z firm już się ogłosiła, że specjalistom przyjeżdżającym z zewnątrz dopłaca przez trzy lata 1000 zł miesięcznie na tzw. zagospodarowanie się. To są małe pieniądze, ale przynajmniej pokryje to część kosztów wynajęcia mieszkania. Pierwsze, drobne kroki w tym kierunku są już przez pracodawców podejmowane.

Rozmawiał Marcin Pawlenka.

 

You May Also Like