Praca zaczyna się opłacać

Samorząd

Tak niską stopą bezrobocia mogą się poszczycić największe miasta wojewódzkie w kraju. Ale nawet taki mały, niespełna czterdziestotysięczny Kwidzyn, może być na tyle silnym ośrodkiem gospodarczym, że rynek pracy należy bardziej do pracowników niż pracodawców. O wyzwaniach dla lokalnego i krajowego rynku pracy, z dyrektorem Powiatowego Urzędu Pracy w Kwidzynie Jerzym Bartnickim, rozmawia Marcin Pawlenka.

 

Co tak naprawdę odróżnia potencjał rynku pracy w Kwidzynie od innych, podobnej wielkości miast w kraju?

Jest to miasto mało widoczne na mapie, ale pracuje się tu w niedziele i święta. Nikt nie ma z tym problemów. Flextronics w Tczewie miał trudności, bo praca w niedzielę to grzech. Uruchomiono specjalne linie autobusowe, którymi z Kwidzyna ludzie dojeżdżali do pracy, zanim Tczew zaczął w święta pracować. Podobna sytuacja była w Toruniu po otwarciu firmy Sharp. Nawet inżynierów dowożono z Kwidzyna. Także mamy dość szerokie oddziaływanie i jesteśmy nietypowym ośrodkiem. Takim małym miasteczkiem o bardzo wielkim duchu.

I jedną z najniższych stóp bezrobocia w województwie pomorskim, bo na poziomie nieco ponad 9 proc.

Prowadzi oczywiście Trójmiasto, ale przy ilości inwestowanych tam środków, nie ma sensu się z nimi porównywać. Na początku roku w jednym z ogólnopolskich dzienników opublikowano mapę, która pokazywała największe spadki bezrobocia w ciągu ostatnich trzech lat. Kwidzyn był na czwartym miejscu w Polsce. I to jest najlepsza laurka dla nas. Oczywiście to nie jest zasługa Powiatowego Urzędu Pracy, bo to nie ja tworzę miejsca pracy. To zasługa przemysłu, ale przyznam, że sami też wiele robimy, żeby tę koniunkturę napędzać.

Do tego stopnia, że to pracodawcy zaczynają walczyć o pracowników bardziej niż pracownicy o zatrudnienie?

Faktycznie zaczyna tak to wyglądać, jednak wpływ na to ma też fakt, że nie każdy nadaje się do pracy na taśmie. Nie każdy wytrzymuje psychicznie wykonywanie przez osiem godzin powtarzalnej czynności. Mamy jeszcze takie osoby w naszych rejestrach. Proponujemy im miejsce w usługach, gdzie reżim pracy jest trochę luźniejszy. Statystyki wskazują, że stworzenie miejsca pracy w przemyśle kosztuje średnio milion euro. W rezultacie z budżetu PUP w Kwidzynie można stworzyć dwa do trzech miejsc pracy. Dlatego nie przemysł, tylko usługi i handel dofinansowujemy. Od 2004 roku przyznaliśmy ponad 1 600 dotacji na założenie własnej działalności gospodarczej. Prowadziliśmy badania statystyczne i okazało się, że około 40 proc. osób, zostaje w tym „biznesie na start”. To jest całkiem niezły wynik, bo w efekcie wybudowaliśmy już małą fabrykę. I staramy się na bieżąco uzupełniać rynek pracy dużych firm, budując takie zaplecze. W razie problemów którejś z nich, statystyki bezrobocia powiatu nie wzrosną tak gwałtownie.

Czy Park Przemysłowo-Technologiczny w Kwidzynie jest miejscem, które jeszcze bardziej wpłynie na lokalny rynek pracy i atrakcyjność ofert zatrudnienia?

Bardzo bym chciał, żeby mali i średni zdywersyfikowali rynek pracodawców w regionie. Cieszę się, że na naszym terenie są duże i bogate firmy, ale niebezpiecznie jest opierać zatrudnienie w powiecie na jednej czy dwóch fabrykach. Im więcej firm, tym lepiej. Park jest świetnym miejscem dla przedsiębiorców. Teren jest w pełni uzbrojony, jest też pełne zaplecze administracyjne. Tak naprawdę wystarczy tylko przyjechać i budować fabryki. Zainwestowano tu już 46 mln zł.

Może się Pan pochwalić nie tylko doświadczeniem parlamentarnym i samorządowym, ale również biznesowym. Co w tej bardzo bogatej karierze zawodowej uważa Pan za swój największy sukces?

To, że nigdy nie byłem bezrobotny. Mam 41 lat stażu pracy i pomimo tych wszystkich zmian i wahań, zawsze byłem komuś do czegoś potrzebny. Wprawdzie kariery w biznesie nie zrobiłem, bo nie doceniłem potęgi instytucji państwowych. Zamiast rozwijać firmę, broniłem się przed urzędem skarbowym. Przyszedł moment, że musiałem dokonać wyboru – zostać klientem urzędu pracy albo kierownikiem. Kierownikowi płacili więcej niż bezrobotnemu i zostałem do dziś.